Miska dla żarłoków


O tym jak Pufa je i jaki jest to stres dla mnie, pisałam już niejednokrotnie. Problem ten urósł do rangi problemu życiowego.
Nasz pies charczy przy jedzeniu, krztusi się, ale mimo to je dalej wpychając, a raczej zasysając kolejne groszki karmy ,niezależnie czy właśnie dławi się poprzednim chapsem czy nie . Da się to ogarnąć na 2 sposoby:

1. Stać nad nią i pilnować. W razie czego ratować.
Minusy: zdarza się , że  Puf zostaje z kimś innym niż ja, jakoś nie widzę tych osób chwytających psa za łapska , obracających go i pewnym siebie ruchem wydostających na zewnątrz Pufy feralnego grocha. A czasami musi zostać pod czyjąś opieką.

2. Podawanie karmy w jakimś nośniku- kong, kulka, kość z dziurami, jako forma nagrody przy nauce, tropieniu (czyt. wygrzebywaniu groszków z trawy) itd. To nasze codzienne rozwiązania
Minusy: zabierają czas. Poniekąd chodzi o to żeby Pufa jadła wolniej, ale wszystkie te sposoby dają efekt superwolniej. Dodatkowo do  kulko-konga  nie możemy nasypać jej  całej porcji, cwaniara ma sposób żeby wszystko sobie wysypać a potem wszamać  to znowu się krztusząc. Wyjątek stanowi kość. Ale  przy zabawie akcesoriami część karmy w formie pyłu wysypuje się na podłogę , piesa nie zawsze to sprzątnie. Kiedy jesteśmy np w hotelu albo w gościach gdzie są dywany nie lubię brudzić (Pufie to obojętnie)
Tak więc wtedy zabieramy michę i pilnujemy .

Wiedziałam o 3 opcji ale po pierwszym zwiadzie terenu zniechęciły mnie jak na razie ceny - Miski spowalniające jedzenie . Cudne, kolorowe, składające się z zakamarków , wypustek, utrudniających psu życie. W sam raz dla nas, micha a nie micha. Zakup takiego ustrojstwa odkładałam, może na gwiazdkę, może na psie urodziny, jeszcze się okaże że nasza Hrabina gardzi i nie chce z tego jeść, a ja pozbędę się bez sensu okrągłej sumy.

W związku z tym, kiedy dostałyśmy paczkę-niespodziankę od  naszezoo.pl , wpadłam w dziki szał radość, niepodzielany przez mojego psa :)
Michę testujemy od tygodnia i to nasza opinia:

1. Zewnętrze, czyli oceniamy oczami




Kolor jażyście niebieski, ale już sprawdziłam , że występują w naturze inne .
Średnica  20 cm , 3 wypustki
Od spodu gumka, dzięki której miska nie przesuwa się po podłodze. Dla nas to  bardzo ważne, w mieszkaniu mamy tylko panele, a Pufa bardzo intensywnie dba o to , żeby żaden okruszek nie został na dnie. Jeśli pod miską nie ma jakiejś podkładki czy gumki,  kończy się to wędrówką michy po całej kuchni :)

2. Działania ,czyli czy warto toto mieć
Zacznę od podsumowania : ogólnie jak najbardziej TAK ale,
Gdybym miała się czegoś przyczepić to wypustek. Było by CHYBA jeszcze lepiej gdyby były nie 3 a 4, ale nie sprawdziłam tego z inną miską więc to tylko dywagacje.
To  co zostało sprawdzone i porównane to to , że faktycznie Pufa

je wolniej

nie krztusi się

Nie jest to cudowne narzędzie rozwiązujące w nadzwyczajny  sposób problem, ale żeby wyjeść wszystkie groszki pies  musi się trochę paszczą nagimnastykować, miska wymusza spacery wokół niej, groszki nie są dostępne z każdego miejsca, "chowają " się za wypustkami.
W zestawieniu  z ceną, która jest baaardzo atrakcyjna micha wypada SUPER - KLIK

Polecam ją każdemu kto ma takiego łakomczucha jak my, a nie zaszkodzi też  tym psiakom ,które jedzą spokojnie i kulturalnie, wymusza jakieś zaangażowanie intelektualne od delikwenta :) 


Czytaj dalej

Wielka Sowa i Sztolnie Walimskie


Świętować można różnie. Ostatnio bardzo modne są marsze. My też postanowiliśmy pomaszerować w miejscu ,które nam osobiście najbardziej kojarzy się z wolnością. 11 listopada z prawie samego rana zapakowaliśmy siebie, Pufę, Ruby i jej Panią i wesołym autem ruszyliśmy podbijać Wielką Sowę.
Z Wrocławia to 1.30 godziny drogi, jest to dla nas najlepszy zakres czasowy do wypadu poza miasto. Tak więc niezrażeni niezbyt dobrą pogodą podążyliśmy za głosem   z nawigacji do RZECZKI. Stamtąd wychodzi szlak czerwony na Wielką Sowę, przez schronisko Orzeł i  Sowa .  W obu mieliśmy okazję być podczas zeszłorocznego zimowego wejścia , nie było problemu ze wstępem z sierściokiem.
Tym razem mieliśmy jednak jeszcze ambitniejsze plany , chcieliśmy wejść na Małą Sowę. Przed ostatnim podejściem na Wielka postanowiliśmy "na czuja" odbić ze szlaku czerwonego na ten dedykowany MTB'owcom, w kierunku schroniska Zygmuntówka . Nie jestem w stanie określić jak konkretnie szliśmy, na pewno szlakiem fioletowym oraz MTBowym, aż do szerokiej , wydeptanej, ale nieoznaczonej drogi lekko w górę, która doprowadziła nas, ku mojej wielkiej radości, do oficjalnego szlaku żółtego, z którego mieliśmy 10 minut do Małej Sowy.


(nasza super inwencja twórcza jako dowód niebywałej orientacji w terenie :) tak mniej więcej szliśmy. Ale dla tych mniej żądnych przygód jest normalny szlak- można wejść na Wielką czerwonym z Rzeczki i po przeciwnej stronie szczytu wejść na żółty szlak na Małą. Później cofnąć się na szczyt lub MTBowym szlakiem zejść w stronę schroniska Sowa) 


(takie widoki dzięki innej trasie. Dobrze  , że wybraliśmy tą drogę, idąc czerwonym na sam szczyt , szlibyśmy cały czas lasem nie mając możliwości podziwiania okolicy)


Sam oficjalny szczycik łatwo przeoczyć, jest ukryty kilka metrów od drogi ,w drzewach, trzeba zwrócić uwagę na
żółte obramowanie pnia drzewa przerywaną linią zaraz pod oznaczeniem szlaku  .

( Mała Sowa jako punk czyli szczyt to zbiór głazów i tabliczka, trzeba go wypatrywać wśród drzew! )

Następnie pokanapkowani ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem prowadzącym na Wielką . Po drodze znaleźliśmy jakieś małe ruinki, również lekko w bok od drogi. Wniosek jest taki,że należy się dobrze rozglądać dookoła, żeby przypadkiem czegoś ciekawego nie przeoczyć .

 ( Pufa i ruinki)
Podejście na szczyt , niezależnie od wybranego szlaku nie należy do wymagających. Chyba każdy , i człowiek i pies , dadzą sobie z nim radę bez problemu. Znajduje się tam wieża widokowa , na którą można się wdrapać schodami wijącymi się wokół wieży. Z psem nie polecamy, ale widoki warte zachodu.
Cena biletu: 6 zł 
ciekawostki o samej wieży 

Koło schodów zlokalizowaliśmy psią miskę, o dziwo nie z wodą , a z kawałkami zdechłej  szynki. Po co i dlaczego-nie wiem, ale lepiej trzymać tam futro na smyczy .
Dodatkową atrakcją są ogniska, 3-4  paleniska, przy których można upiec sobie kiełbachę, niestety trzeba ją sobie przynieść, podejrzewam również , choć na razie jest to niesprawdzone, że w tygodniu, poza sezonem ogień trzeba będzie samemu sobie rozpalić.




Ponieważ udało nam się nadspodziewanie szybko przejść całą trasę, postanowiliśmy zaliczyć jeszcze jakąś atrakcję po drodze. Wiemy już , że Zamek Grodno jest antypsi, wybraliśmy więc Sztolnie Walimskie , oddział w Rzeczce, kilka miesięcy temu dzwoniłam do informacji gdzie powiedziano mi , że jeśli pies nie boi się fajerwerków można z nim zwiedzać-w trakcie zwiedzania będą puszczane dźwięki imitujące naloty samolotów

Jak postanowili tak zrobili. Sztolnie Walimskie okazały się psiolubne , ale z małymi negocjacjami a raczej spokojnym wytłumaczeniem że nasze psy wybuchy mają      w nosie , są ułożone, możemy zaprezentować zdolności,  a dla spokoju innych zwiedzających pójdziemy ostatni.
Opisywane jako dźwiękowy armagedon prezentacje były 3 i poziom natężenia nie był ani trochę denerwujący ani dla Pufy, bardziej zainteresowanej możliwością dostania ciastka, ani dla Ruby. Tak po prawdzie to Pufa się chyba wynudziła :)






 (jak widać Pufa dziarsko zwiedza, nie straszne jej ciemności, naloty a NAWET lekka wilgoć! :) )

Jedyne co bym poradziła przyszłym zwiedzającym z psem-uwaga na innych ludzi. Puf jest niska, obawiałam się czy ktoś jej niechcący nie potrąci czy nie nadepnie.
Zwiedzanie fajne, po przewodniku było słychać , że nie tylko ma sporą wiedzę ale i interesuje się tematem . Przyznał się również do członkostwa w Sowiogórskiej Grupie Poszukiwawczej eksplorującej sztolnie i działającej na rzecz ich lepszego poznania.

Czas zwiedzania to ok 40 min. W sztolni panuje stała temperatura ok 5 stopni , trzeba to uwzględnić pod kątem odzienia :)   
Cena normalna: 14 zł
Pieseły zwiedzały za darmo


Czytaj dalej

Gdzie szukać sznaucerowego designu


Samo słowo design zrobiło się ostatnio "wszędobylskie" . Mamy design wszystkiego i odnośnie wszystkiego, a każdy marzy o jakimś "dizajnerskim " produkcie .
Trend ten nie ominął psiej branży. Polska może jeszcze zostaje w tyle za ogólnie pojętym Zachodem  czy Japonią (!) , ale dziarsko nadrabiamy. Nie wiem czy to kwestia właśnie trendów ostatniego czasu , czy tego , że od roku piesa mam i chcąc nie chcąc zaczęłam się interesować wszystkim go dotyczy, czy obu czynników na raz ,     ale wyraźnie widzę wręcz wysyp firm, hand-madów oferujących bardzo oryginalne akcesoria dla sierścioków i dla właścicieli.

Sama zostałam zmuszona do zakupu swetra w zeszłym roku i kurtałki w tym- nie dla siebie a dla Pufy. I tak jak we Wro jest to coś absolutnie normalnego- dziś rano Puf spotkała osiedlową koleżankę w gustownym różowym wdzianku z brokatowym napisem "diva", który mimo wszytko pasował suni do pyska, tak jadąc do rodziców              i wychodząc zimą na spacer wzbudzamy niemałe zainteresowanie przechodniów.
Te dwa światy- dużego i małego miasta pokazują jak zmienia się nasze-właścicieli podejście do psa w sensie praktyczno -technicznym . Coraz więcej  psiarzy, nawet w mieście moich rodziców :) wie , że kupę należy posprzątać a ziemniaki z tłuszczem to nie do końca zbilansowana psia dieta.  Jednak rozpieszczanie psa 4 parami szelek, wdziankiem czy nową adresówką w cudnych kolorach to jeszcze nie ich bajka.
No i właśnie! Czy to rozpieszczanie gadżetami (bo jak inaczej nazwać nowe, bardziej kolorowe szelki? ) to przypadkiem nie rozpieszczanie Pańci i Pana? :)
Jestem absolutnie na TAK przy tej teorii i sama jakiś czas temu łapnęłam się na chęci zakupu czegoś nowego, absolutnie niepotrzebnego, bo albo jedno takie podobne już mamy , albo po prostu nie jest to niezbędne do prawidłowej psiej egzystencji. Ale co z tego, skoro MI się to podoba ?:)

W tej konwencji można się utrzymywać przy okazji świąt. Nie będę jednak wypisywać firm które proponują cudeńska z motywem psim ogólnie jak i z konkretną rasą  ,    bo taki super wypis, jako ściągę prezentową znajdziecie np T U 
Ja za to chciałam trochę pochwalić się :) a trochę podpowiedzieć gdzie jeszcze psiowe motywy znaleźć można, i to bardziej oryginalne, jest bowiem duża szansa             że drugiego egzemplarzu po prostu nie ma :)
Targi staroci, pchle targi, zwykłe targowiska, antykwariaty a nawet lumpeksy! To tu należy wchodzić, nawet przy okazji, a nóż coś się trafi.
Jakiś czas temu pisałam o dwóch wypadach z Pufą na targi staroci ( pod Halą Stulecia  , oraz targowisko na Gnieźnieńskiej  organizowane cyklicznie we Wrocławiu,  jestem jednak pewna że każde miasto ma taki punkt , który jest istną kopalnią  cudeniek . A jeśli nie macie tego w swoim mieście , zapraszam do Wrocławia: terminarz Hala oraz Gnieźnieńska  .
A tu nasze zdobycze na zachętę , że warto. Uczepiliśmy się motywu sznaucera (dziwne , nie? ) który okazał się rzadko spotykanym , ale się nie zrażamy :)



(tak jak wspominałam motyw sznaucera jest rzadkością, zazdrościmy właścicielom wszechobecnych buldożków francuskich  , stąd dostałam właśnie taką brożkę. Utrzymuję cały czas, że to nie terier szkocki , a Pufa przed odchudzaniem )

 ( i na koniec ostatni nabytek, też prezentowy, już znalazły zastosowanie :) )
Czytaj dalej

Ślęża jesiennie



Każdy ma takie miejsce za miastem, do którego chętnie ucieka w ramach weekendowego wypadu, dłuższego spaceru czy po prostu odreagowania od urbanizacji otoczenia . Dla nas ulubioną destynacją dłuższego lub po prostu innego niż zwykle spaceru jest Ślęża.    Z Wrocławia to około 40 minut jazdy samochodem , więc na tyle blisko żeby potraktować wyjazd nie jak wyprawę, a jako urozmaicone weekendowe spacerowanie. W zależności od ilości czasu jaką dysponujemy wchodzenie na górkę zaczynamy z Sobótki , spod domu turysty Pod Wieżycą , przez Wieżycę, lub szybsza opcją,  z Przełęczy Tąpadła.
W sobotę wybraliśmy tą drugą trasę. Samochód zostawiliśmy na parkingu na samej przełęczy. Po wykaraskaniu się z pojazdu, ocenieniu temperatury - bardzo często zdarza się, że pogoda pod Ślężą diametralnie różni się od tej we Wrocławiu , tak było i tym razem (pozytywnie zaskoczenie- żegnajcie mgły ,witaj słoneczko ), weszliśmy na żółty szlak prowadzący na sam szczyt.


Przyznam się , że czasem wybieramy tą trasę z lenistwa, zaliczamy szczytowanie, zajmuje nam to ok 2 godzin, chyba że rozsiądziemy się na szczycie herbatkując, wtedy trochę dłużej, ale zdążymy jeszcze wrócić do domu o sensownej porze i poudawać  że pracujemy :) czy po prostu jeszcze gdzieś wyjść z psem , zanim zapadną jesienne     i zimowe  ciemności. Mogę więc polecić ten szlak wszystkim tym którzy albo nie mają za dobrej kondycji i nie mają ochoty na dłuższe dreptanie albo tym którzy nie mają zbyt wiele czasu a chcą , tak jak my, zaspokoić "smak" na górki , mieć czas na zrobienie kilku zdjęć, bez ścisłego wyliczania czasu i wczesnego zrywania się z łóżek :)

( na Przełęczy Tąpadła są 2 parkingi: starszy, zaraz przy wejściu na szlaki, drugi , po przeciwnej stronie drogi, większy i niedawno zbudowany) 
 
(sukces wyprawy! Pufa coraz lepiej ogarnia temat chodzenia w uprzęży i na amortyzatorze. Powoli zaczyna kumać , że w tych szelkach i na komendę można ciągnąć. Na razie przestała pałętać się koło nogi i dzielnie drepta przede mną. Cóż, za dobrze nauczyłam ją chodzenia przy nodze, to teraz mam :) ) 
( lekko zbaczając ze ścieżki znaleźliśmy sobie skałki, w sam raz na przerwę na kanapki)
(widoki po drodze, szczególnie jesienią są cudne, w sam raz na zdjęcia , szlak nie jest wymagający, to raczej spacerek niż górskie podejście. Ścieżka wije się przez las, jest gdzie cupnąć na boku, a samo wchodzenie, nawet przy naszym tempie kanapkowo - zdjęciowym to ok 40 minut )

(tak ... tego... no... są takie marki samochodów, które wszędzie wjadą )

 (ostatni odcinek przed szczytem jest droga brukowaną. Doskonale pamiętamy nasze zimowe wejścia tą trasą, kiedy właśnie ten fragment szlaku zmieniał się w najbardziej wesołą ślizgawkę )


( tu tak, a we Wro cały dzień ohydną mgła. uwielbiamy ruszyć 4 litery w górki, choćby na chwile :) )
 ( takie widoki ze szczytu. Na samej górze znajduje się schronisko. Teoretycznie z psem wchodzić nie wolno. Za każdym razem o to pytamy i za każdym razem słyszymy odpowiedź, że jeśli pies nie będzie nikomu przeszkadzał, możemy spokojnie wejść , napić się herbaty czy coś zjeść. My uparcie ,z a każdym razem łapiemy się na zupę w ramach obiadu, którego nie chce mi się robić po powrocie do domu . Ceny czysto schroniskowe, czyli dobrze zabrać ze sobą jeszcze kanapki i termos. )

 (zdjęcie z niedźwiedziem musi być! )

 

Krótki wypad jak najbardziej zakończony sukcesem, kiedy tylko mamy czas wracamy w te okolice. Mimo "entego" wejścia nie nudzi nam się tamta sceneria i możemy przyjeżdżać  tam co weekend :)

Czytaj dalej