Katowice i Nikiszowiec

Słyszeliśmy wiele pozytywnych opinii o Katowicach. Nie mogliśmy więc nie umieścić tego miasta na naszej wyjazdowej liście. Po wizycie w Jura Parku , która nastroiła nas mieszanie niepewnie zaczęliśmy od dzielnicy Nikiszowiec.
Zabytkowa dzielnica , która znalazła się na liście 7 nowych cudów Polski  wg National Geographic, wybudowana głównie dla górników kopalni Giesche i ich rodzin.
Aktualnie coraz bardziej obiekt turystyczny , który jednak nadal żyje swoim życiem oraz który zachował swój niepowtarzalny, indywidualny charakter. Może dlatego spacerując uliczkami spotykaliśmy co chwilę kogoś patrzącego na budynki przez obiektyw aparatu , zupełnie jak ja :)

Zaparkowaliśmy na ulicy św. Anny :) Ucieszyło nas, że nie zlokalizowaliśmy automatu parkingowego, podpytani tutejsi również nic nie wiedzieli o płatności za postój.

I znów zwiedzanie rozpoczęliśmy od zaspokojenia jednej z podstawowych potrzeb.  Praktycznie wpadliśmy na tą przytulną knajpeczkę-nie można było nie wejść.


( kawkowaliśmy i kanapkowaliśmy w  Cafe Byfyj. Było psiolubnie- Pufa dostała nie michę a miednicę wody. Ceny ok, wnętrze urocze , obsługa przemiła, Pani wymiziała nam piesę, i jeszcze opowiedziała co nie co, bo sama od dziecka mieszka niedaleko)


Zwiedzaliśmy bez konkretnego planu, spacerując po wąskich uliczkach. Tak trafiliśmy na ulicę Rymarską  do  Muzeum Historii Katowic, Dział Etnologii. Nazwa instytucji może      i długa , ale :
okazało się , że skoro pies chce się doedukowac historycznie, jest mile widziany :) oraz że od niedawna jest nowa stała wystawa " woda i mydło - najlepsze bielidło''- o maglowaniu w Nikiszowcu, przedstawione z pomysłem, włączając w to i maszyny            i przemiłą Panią Przewodnik, która poświęciła czas tylko dla naszego stadka, opowiadając wiele ciekawych historii związanych z miastem, za co bardzo dziękujemy :) Klimatu dodaje fakt , że w odnowionym budynku , w którym mieści się Muzeum dawniej znajdował się prawdziwy magiel.

Muzeum czynne ( z wyjątkiem poniedziałku) codziennie od 10 do 18
Cena biletu : 8 zł, Pufa nie musiała płacić
Ulica Rymarska 4
(maszyneria w tle, czyli uczymy się maglować:) Nie chwaląc się osobiście pamiętam z czasów dzieciństwa krochmalenie pościeli i zanoszenie jej do magla. Nie wiem czy jestem po prostu już tak stara czy to były uroki dorastania w małej miejscowości )  

 (yea! mamy selfie w lustrze ! ) 

 (mamy tendencję do trafiania na wystawy , które przynajmniej w części maja w sobie coś... creepy :) pozdrawiamy Se-Ma-For )
 ( wystawa maglowa znajduje się na 1.piętrze, natomiast na parterze mieliśmy okazję obejrzeć prace malarskie lokalnych artystów )
 Niestety starczyło nam czasu tylko na tyle, chcieliśmy dojechać jeszcze na nocleg,  i po przegrupowaniu zwiedzić centrum miasta. Jak postanowili tak zrobili. Auto udało nam się zostawić na ulicy Mickiewicza. Bez konkretnego planu ruszyliśmy eksplorować. Proces ten kontynuowaliśmy kolejnego dnia rano, przed wyjazdem do Wisły.  Poniżej fotorelacja , chociaż przygotowując zdjęcia na blog, znowu okazało się że stanowimy bardzo zgrane stado: nic tylko by jedli ;p 
( jedzenie z okienka- Absurdalna , kolorowo i smacznie, czeskie trunki też fajne na przerwę w zwiedzaniu :) )


(bar mleczny w samym centrum- Talerz i Szklanka , może nie nasz MIŚ, ale ceny ok, porcje słuszne i smaczne, polecamy) 

(na koniec kawka na drogę w Bellmer Cafe  . Kawa dobra, ciacho też, ale najlepsze w tej kawiarni jest to .. że są planszówki! wybór nie za duży, ale jeśli po prostu chce się mieć zajęcie popijając kawę, jak najbardziej. My nie mogliśmy przepuścić okazji  i zagraliśmy kilka partyjek Pędzących Żółwi )

Czytaj dalej

Psajcho Pies

Nasz Pies jest Najładniejszy, Najmądrzejszy, Najlepiej Ułożony i ma najładniejszy kubraczek na zimę na całej dzielni.

To ogólnie wstęp do opisu zacnej i stabilnej psychiki Pufiozy.
A teraz na serio. Ogółem Puf jest względnie dobrze ułożona , nie jest agresywna, jest odwoływalna nawet kilka komend się naumiała.
Poniżej pochwalę się jakie urozmaicenia dnia codziennego funduje nam pies.

 1. Witaj w domu, czyli wnieś psa na 4 piętro.  
Jak większa część społeczności dużego miasta mieszkamy w bloku. Nie za wysokim , chwała Manitu, bo tylko na 4 piętrze. Stwierdzenie TYLKO nabiera jednak zupełnie innego znaczenia kiedy nagle, z dnia na dzień okazuje się , że trzeba zatargać na samą górę psa. Niby tylko (wtedy ) 13 kilo, ale ten problem zawsze miał tendencję do ujawniania się kiedy wracałam z wyjazdu (wielki plecak) lub taszcząc zakupy zieleniakowe ( tytki pełne ziemniaków i np. pora, czemu nie )

Pewnego dnia tak od, Pufie przypomniało się , że schody są wielce przerażające i najlepiej jest zatrzymać się i stać, nie ruszać się .
Nie wiem co wtedy miała w łepetynie ale mina sugerowała pomysł "jak będę tu stać i się nie ruszać, na pewno schody same sobie pójdą "
Kto mniej więcej zna mojego psa wie, że sensem jej istnienia są groszki. I tu najlepsze, we wszystkich problemowych sytuacjach groszki stają się niewidzialne. Można je podkładać psu pod nos, do gębiora, pod łapy na głowę i nic.
Nasze nowe motto życiowe odkąd mamy Pufę brzmi: jeśli pieseł nie chce groszka, wiedz, że coś się dzieje!
Po dogłębnej analizie sytuacji okazało się że Puf nie ma problemów z gramoleniem dupska tak wysoko, tylko z podejściem do potwornych schodów. I nie tylko te w domu takie są. Te u znajomych, jedne u moich Rodziców, i jeszcze kilka innych, nie mających cech wspólnych poza swoją schodowatością.

Nasz jedyny pomysł na zaradzenie pogłębiającej się "schodozie": donoszenie psa pod pierwszy stopień każdego z biegów (matko chroń mój kręgosłup) i żarełko podawane na schodach. na praktycznie każdym spoczniku. Sąsiedzi i tak dawno zwątpili w naszą normalność.
Czy działa?
Tak. Na jakiś czas. na miesiąc, dwa, tydzień, a potem zabawa od nowa. kto powiedział że sam koniec  spaceru musi być nudny?:)

(bardzo nieszczęśliwy pies na okropnych schodach. na razie jest lepiej. niestety wiemy , że to na razie)


2. Ooo, okrutna puszko na szynach! 
Autem to każdy lubi pojeździć, rozwalić się na tylnej kanapie i wygodnie dowieźć dupsko na miejsce. Puf jest wygodnicka, więc od pierwszego dnia nie trzeba jej namawiać do wejścia do auta, zdarzyło jej się też wskoczyć do cudzego auta - "no co, otworzyli koło mnie drzwi to weszłam, co się czepisz?"
Ale fajnie było by raz kiedyś podjechać na rynek a nie dreptać . Tramwajem. Niestety Puf ma inne zapatrywanie na tą ideę. Zawsze mnie to dziwiło, bo w aucie bez problemu, w czasie jazdy potrafi wstać na kanapie, żeby się pogapić przez okno, nie jest więc to kwestia tego ,że coś się rusza, koleboce. A tramwaj w jej mniemaniu to potworność.

Nasz sposób na nią, oczywiście rozłożony na dość dużej przestrzeni czasu, to znowu groszki.
Na początku wysiadywałyśmy na przystanku zajadając groszki (pies, ja jakoś nie zasmakowałam) ,  ogarniając, że nic nikogo nie chce zeżreć, a z niektórych puszek czasami wysiada Pan i drapie po dupce.
Kolejny etap to próba wejścia. Pierwszych kilka jazd Puf odbyła na moich kolanach jako zamrożony posąg, znowu niezauważający smaków, dodam, że tym razem, nauczeni schodami , mieliśmy super śmierdzące smaki !(niech cały wagon wie,że szkolimy psa!).
Mój optował żeby jej nie przekonywać, argumentując że taką "mrożonkę" łatwiej przewozić niż normalnego psa, pod pachę się weźmie, nie wierci się ...
Drugi etap to postawienie na podłodze. Jeśli ktoś nie widział włochatego naleśnika , miał wtedy okazję to nadrobić.
Po około pół roku (!) raz częstszych a raz rzadszych prób udało się:) Pufiozaur jeździ grzecznie, nawet okruszki wokół siebie posprząta. Niestety ja nadal ćwiczę biceps wnosząc ją, dobrze że chociaż sama potrafi się ewakuować:)

( i co , da się nie fisiować? )

3.  Matko Najjaśniejsza Przegroszkowa! 
Żarcie. Psycho nr 1 u Pufy. Syndrom psa ze schronu albo po prostu lubość jedzenia. Albo jedno i drugie. O jednym ze sposobów ogarnięcia Pufy pisałam o TU . W tej chwili nadal bawimy się kongiem , kością, i chyba na gwiazdkę zażyczę sobie (haha-sobie) na  prezent miskę spowalniającą jedzenia, np taką:
(micha z  Toys4dogs   )
Cały czas liczę, że Pufa się uspokoi i nie będzie próbowała zeżreć wszytego (śmieci       w domu, śmieci po drodze,  każda ilość karmy, ciastka swoje, ciastka innych psów , ogólnie co tylko znajdzie kiedy nie patrzę a wygląda na jadalne ). W związku z tym cały czas ćwiczymy komendę "FUJ" zazwyczaj wykrzykiwaną przeze mnie bo flądra jest szybka a przez te brodzisko nie widać czy jeszcze niucha czy już coś wszamała. Zaraz po okrzyku dość często następuje sekwencja: bardzo zdziwiona mina sznupa i mój doskok do niej połączony w otwarciem paszczy i wytrzęsieniem tego co tam jest. Wyjęcie nie sprawdza się, za mała paszcza.
Jedyny plus tej sytuacji jest taki ,że żarcie stanowi świetna motywację. Jeden z posiłków Puf dostaje jako nagrodę przy okazji nauki.

Może nie jest to super psychotyczny pies z zaburzeniami światowości czy rozdwojeniem jaźni ale zabawa jest przednia. 
Poza problemami natury problematycznej raczy nas swoim hrabiostwem w postaci 
- niewchodzenia w błoto
- niewchodzenia w mokre
- niewchodzenia w coś co może ją pobrudzić
- w czasie spaceru jeśli pada, lub choćby tylko mży wchodzenie pod wiaty, krzaki,zadaszenia. Nie reaguje wtedy na zawołania. nie ma głupich sama se moknij Matron.

Czy Wasze pieseły też Was raczą psychoproblemami? :) 
Czytaj dalej

Wisła dogtrekking

Przez ostatni rok, pierwszy spędzony całym stadem , kilkakrotnie braliśmy udział w zawodach w ramach  Pucharu Polski w Dogtrekkingu .
Brzmi bardzo ambitnie, na zdjęciach organizatora również wygląda ful profeszjonaj.  Prawdę powiedziawszy bakcyla złapaliśmy jeszcze przed pierwszym udziałem, po obejrzeniu filmiku . Nie mogliśmy się naoglądać, wiedzieliśmy- musimy tak jechać!
Tak została podjęta decyzja o zebraniu wymiarów ze mnie i z Pufy i o zakupie sprzętu dogtrekingowca :)

Taki był sam najpierwszy początek a dokładniej preludium . Od maja wzięliśmy udział     w zawodach   w Złotym Stoku, Wiszni Małej, Przesiece    i na koniec w Wiśle, 26 września.

Oglądając po raz enty nasz ulubiony filmik reklamowy zawodów zawsze uśmiechamy się do siebie  wiedząc jak one wyglądają w naszym wykonaniu . I nie jest to bynajmniej użalanie się nad swoją kondycją czy za długością psich łap , a raczej udowadnianie,       że nie za duży sierściok , nie tak bardzo sportowy jak inni czterołapi uczestnicy może spokojnie pokonywać wyznaczone trasy, osiągając nieostatnie lokaty i czerpiąc z tego widoczną radość ( dowodem na to jest dla nas ewidentne "podjaranie" Pufy kiedy tylko zakładamy jej szelki i pakujemy do auta- doskonale wie gdzie się wybieramy w takim stroju :) )

Tak też było tym razem, przy czym nie musieliśmy zrywać się skoro świt żeby dojechać na miejsce. Cały tegoroczny urlop zaplanowaliśmy tak, żeby na jego koniec dojechać     do Wisły.

 (nowy kolega i mieszkaniec Wigaru. Pufa goni koty, tylko nie wie po co, jak się spotka nos w nos z takim kociakiem, okazuje się, że mogą się nawet zakumplować :) )

W Wiśle byliśmy już dzień wcześniej lokując się w pensjonacie Wigar . Cena bardzo nam odpowiadała, szczególnie ,że zależało nam na jak najdłuższym , jak na nas ;) ,wyjeździe i jak najniższych kosztach. Ponieważ byliśmy na  kwaterze sami dostał nam się pokój 4-osobowy, Puf w ramach niego dostała dla siebie ogromny fotel. Nie musieliśmy też       z nikim konkurować o łazienkę .
W związku z wcześniejszym przybyciem mogliśmy odprawić się już w piątek wieczorem,żeby móc wstać jeszcze trochę później przed samym startem. Niestety już wtedy pogoda zapowiadała, że ten start nie będzie dla nas najłatwiejszy .

Wszelkie modły i zaklinania nie pomogły i w sobotę rano przywitała nas mżawa, która chwilami ewoluując w deszcz miała towarzyszyć nam na całej trasie.
Jeszcze przed rozdaniem map organizatorzy poinformowali , że trasa MID zostaje skrócona do MINI.
Ujęli nas tym, dobrze, że ktoś myśli o bezpieczeństwie, ale druga myśl nie była już tak wesoła : o nie, całe to towarzystwo będzie na tej samej trasie co my! Dodam, że ze względu na psa, jak mówiłam raczej dreptacz aniżeli biegacz, niezbyt słusznego wzrostu, i ze względu na siebie, musimy mieć czas na kanapkę na szlaku czasem jakąś fotkę, zawsze wybieramy właśnie trasę MINI. Znamy swoje możliwości i doskonale wiemy,      że przejście dłuższej trasy nie jest poza naszym zasięgiem, a większe odległości wolimy robić poza konkurencją, nie chcemy się zastanawiać czy uda nam się nie być ostatnimi :)


( w gotowości przed startem, pies, chusta i szelki jeszcze czyste )

Skoro już pogodziliśmy się z większą ilością ekip idących tam gdzie my i wyciągających na trasie nieosiągalne dla nas wyniki zgarnęliśmy mapy, wysłuchaliśmy jedną części odprawy , z której wynikało , iż nawigacyjnej ciężko będzie się zgubić. Drugą część odprawy poświęciliśmy na wytężanie słuchu w celu wyłowienia słów pomiędzy ujadaniem podekscytowanych psów.
Puf tradycyjnie miała to w nosie a jedyny obiekt jej zainteresowania stanowiły ciacha od sponsora :)

Punkt 10  rano ruszyliśmy na szlak , całą ekipą, prowadzeni przez organizatorów. To też wielki plus, nie wyobrażam sobie całego tego stada wesoło biegnącego samopas przez centrum Wisły .
Auto "porzuciło" nas po osiągnięciu lekkiego wzniesienia , po minięciu zabudowań.

I tu nastąpiła jedna z zabawniejszych sytuacji na trasie. Według mapy mieliśmy iść dalej zielonym szlakiem , który poprowadziłby nas wprost do pierwszego punktu. Gdyby był. Nim my dodreptaliśmy do pewnego etapu,  zaczęliśmy mijać ekipy wracające się z wesołą nowiną o braku "oszlaczenia" . Oznakowanie być powinno , więc skoro go nie ma, trasa jest zła. Potwierdził to zwiad kolejnych drużyn , stwierdzający absolutny                 i namacalny koniec ścieżki.
Takim sposobem kilkadziesiąt ekip psio-ludzkich utknęło na prowizorycznym placyku pomiędzy rozchodzącymi się ścieżkami, z których kolejne były wykluczane jako dalszy azymut.
W końcu wszyscy ruszyliśmy czymś co najbardziej przypominało przecinkę,docierając jakimś super sposobem do miejsca gdzie oznaczenia już są .
Nie ma co ukrywać , że w takich sytuacjach , kiedy z problemem nawigowaniem a  nie jesteśmy sami ,lubimy czasem zdać się na innych , rzadko się nam to zdarza, ale wiadomo, jak się gubić, to w gromadzie bo weselej .

Odnajdywanie kolejnych punktów nie nastręczyło nam już większych problemów. Niestety pogoda nie sprzyjała fotografowaniu. Porzuciliśmy tą koncepcję ze względu na widoczność do kilku metrów przed nami. Cieszyliśmy się w tej sytuacji , że nie przeoczyliśmy punktu z bufetem :)

(buciory na szlaku)

Trasa nam się jednak nie dłużyła, pokonaliśmy ją w towarzystwie Sheili i jej Pani. Przeurocza owczarka w rodowodzie mająca również collie bardzo przypadła do gustu pufie, szczególnie podczas wieczornego rozdania dyplomów :) mamy nadzieję , że spotkamy się na kolejnych  zawodach !

Jako małą dygresję odsyłamy do wiersza Halininy Poświatowskiej w wykonaniu Janusza Radka , który stał się inspiracją do nadania nowego imienia adoptowanej Sheili, zgadzamy się w 100% że to imię bardziej do niej pasuje, niż schroniskowe "Ciapa"- to przecież ona motywowała Pufę do dreptania w przodu a nie przy mojej nodze, za co bardzo dziękuje :)

Całkowicie mokrzy, zmarznięci, później zbierający konsekwencje tego w postaci posmarkiwania przez kolejny tydzień, ukończyliśmy zawody z czasem 4 godziny 37 minut na dystansie 18 km . Jestem bardzo dumna z całego naszego stada, szczególnie z Pufy, ponieważ po roku wspólnego bytowania mogę powiedzieć ,że najbardziej na świecie nie lubi ona:
- bycia głodną
- bycia mokrą
- bycia zmarzniętą
a na trasie dopadły ją 2 stany z powyższej listy, stąd doceniam zaangażowanie w dreptanie i rozumiem zaangażowanie w zakokonienie się kocu, w pokoju i niechęć do wyjścia , nawet po dyplom . Dała się przekonać, a ja zostałam zmuszona do stania godzinę z trzęsącym się sznupem na rękach. Zimny bruk pozostawiła haszczakom :)

(tak Pufa spędzała czas po zawodach, na domiar złego musieliśmy ją wykąpać bo do wysokości uszu była delikatnie mówiąc ubłocona) 


 ( dowód na to , że męczenie psa kąpielą było uzasadnione)


(nowa koleżanka -Sheila, jak widać Pufa dobiera znajomych bardzo pragmatycznie :) Kapota przeciwdeszczowa, mimo że już dawno za duża okazała się bardzo przydatna )
 

Z dyplomem w ręku, psem z powrotem w kocu w pokoju sami wróciliśmy do centrum uzupełnić braki energetyczne solidnym posiłkiem.  Mam tendencję do trzymania się sprawdzonych miejsc. Już w piątek odkryliśmy  restaurację Chata Olimpijczyka , do której bez problemu mogliśmy wejść z psem, o ile nie będzie przeszkadzał innym. Nie przeszkadzała , dostała wielkiego gnata do gryzienia i zamelinowała się pod stołem na swoim knajpkowym kocyku :)

Najlepszym co było , nie tylko w tej restauracji to akcja Wisła za połowę, takim sposobem zjedliśmy kolację składającą się z zupy dla każdego, przystawki i dania głównego i jakiegoś napitku za ok 30 zł. Liczymy, że akcja jest coroczna i że przy okazji kolejnej bytności w Wiśle, również na nią trafimy.
Podsumowując nasz ostatni w tym sezonie start, mimo odchorowania przemoczenia i przemarznięcia jak zwykle nam się podobało i na pewno stawimy się na starcie w nadchodzącym sezonie! 


Czytaj dalej

K jak dinoplastiK czyli urlopu dzień 2

Drugi dzień to wyznaczenie marszruty (jazdruty? ) trochę w prawo, na mapie i trochę w tył, w czasie.
Nigdzie się nie spieszyliśmy więc nie byłabym sobą gdyby nie rzuciła hasła Jura Park w Krasiejowie. Jako prawdziwa dziewczyna od maleńkości gadziny, szczególnie te duże lubiłam , a pierwszym prawdziwym domowym pupilem nie był pies,  a żółw wodny Kuba, tak więc niedoszła paleontologia , pies i NiedokońcaPrzekonaneTowarzystwo zaparkowało koło 10 rano na wielkim parkingu.
Pisząc "wielki" mam na myśli parking małego hipermarketu. Na szczęście zadokował na nim tylko jeden autobus wycieczkowy z mrowiem wybiegających z niego dzieci  i dosłownie kilka osobówek. I My.
Krasiejów to 2 co do wielkości wykopalisko paleontologiczne w Polsce, więc mieliśmy dużą determinację by je zwiedzić, szczególnie , że poinformowano nas, iż Pufa będzie mile widziana.  Zmalała ona niestety w momencie przeczytania cennika. Tak, pies zwiedza za darmo natomiast my :

Bilet normalny (zwiedzanie tylko Jura Parku, BEZ Parku Ewolucji ) to 39 . Zwiedzanie kompleksowe to już 70 zł. Pełen cennik i info TU
  
Trudno, urlop, chcieliśmy, wchodzimy, ale tylko na gady. Hasło podsumowujące nasz pobyt tam to:
Czasami człowiek musi za coś zapłacić , żeby więcej za to już nie płacić 

W związku ze wspomnianą odkrywką, artykułami czytanymi w National Geographic itd liczyliśmy  , że zobaczymy coś więcej niż lunapark, targetowany nie tylko na kategorię wiekową 3- 8 .
Oto nasza fotorelacja:
(przez całą trasę podążało się za śladami łap dinozaura. na Pufie nie robiły one większego wrażenia )

 (modele ustawione były w teoretycznie "dzikim" środowisku, wśród niekoszonej trawy, na trochę  podmokłym terenie, stąd wygodne platformy do przemieszczania się )

 (dzikie, niedzikie, wzbudziły zainteresowanie :) )

 (większość dinozaurów była ustawiona w odległości od barierek, jednak do niektórych można było podejść ,a  na nawet pomacać. Daje to fajne pojecie o ich skali) 


( makiet było sporo, szkoda że opisy przy poszczególnych gatunkach mikre, niektóre tablice zniszczone. naszym zdaniem , przy takich cenach za wstęp, a braku wydatków na żywienie eksponatów:) można by się pokusić o naprawę wyposażenia. część gadzin warczała też o odmalowanie, spawy na wierzchu są mało jurajskie ) 

Podsumowanie średnie. Fajnie było, ale cena sporo za wysoka. Bilet za 20parę złotych byłby i tak nie najtańszy a jednak bardziej adekwatny. 

Nie pozwolono nam razem z Pufą zwiedzić 2 miejsc: kina 5D, co rozumiem, hałas, dźwięki, zapachy, woda się leje. Absolutnie nie dla psa. Chyba dla żadnego.
I drugiego: prehistorycznego oceanarium. Ponieważ: uwaga, uwaga...jest tam trochę ciemno. No tak, mój pies wpada w panikę jak tylko zgaszą światło. Mój był, zrobił zwiad i powiedział że ani ciemno bardzo ani głośno nie było. Może zrozumiałabym argument, gdyby nie to , że ze zwiedzających byliśmy tylko my. Wspomniana przez nas szkolna gromada była oddalona od nas o min.pół godziny zwiedzania . 
Najśmieszniejsze jest to, że chwilę później przejechaliśmy się traktoro-ciuchcią nazwaną wehikułem czasu, przez Tunel czasu. Pociąg jechał przez 8 minut przez tunel w którym wyświetlano film w 3D. Pies przez chwile był zainteresowany , potem olał i jazdę i film i ..poszedł spać. Cała Pufioza :)
A  nawet mieliśmy przy sobie kaganiec, tak ot , jakby ktoś taki wymóg przed nami postawił :)
( "ciepąg fajny, ale ten film to oskarowy raczej nie jest..tematyka niegroszkowa" )

Czytaj dalej