grzebanie na inteligencję


Ostatnio przeżywam powrót do korzeni czyli do robienia pewnych rzeczy własnoręcznie. Tendencja ta nie ominęła Pufy.
Udało mi się  zrobić zabawkę na inteligencję i na aktywizację, która działa na Pufiozę :) a to już niemały sukces. Oczywiście cała aktywność polega na szukaniu groszków, ale zawsze jest to inne działanie niż toczenie kuli na smaki czy konga.
Zależało mi na wykorzystaniu a raczej uaktywnieniu naturalnej psiej czynności czyli kopania i węszenia. Puf w ziemi za nic nie chce grzebać, ot, takie hrabiostwo, łap nie brudzi, z węszeniem już lepiej.
Tak więc wykorzystując to co mamy akurat w domu udało nam się stworzyć coś co ją zajmuje na kilka minut:)






Po skompletowaniu wszystkiego wystarczy pociąć materiał na kawałki adekwatne do wielkości psa.  Za małe kawałki mogą być niebezpieczne, w za duże szmatki nie zaplączą się groszki.
Groszki najlepiej "wmieszać" w materiał, tak aby nie były tylko na dnie, ale w obrębie całego pudła. 

Czas wykonania ok 15 minut, ale zależy to jak szybko uda się pociąć odpowiednią ilość materiału :) 
Koszt : minimalny, nawet przy konieczności zakupu materiału, polecam sklepy z tzw. resztkami tkanin.

Jestem świadoma , że przy niektórych piesach szmatki latałyby po całym mieszkaniu, u tak stonowanej suczy jak Puf, jest to idealne rozwiązanie , żeby zająć jej kilka minut





video

Czytaj dalej

psia kawa czyli nowe miejsce

Odnoszę wrażenie że psiarze dzielą się na 2 grupy: tych którzy z psem na spacer chadzają do parku , do lasu, nad rzekę itd oraz tych którzy w ramach spaceru zabiorą psa ze sobą do kawiarni czy nawet na shopping. Tu, sądząc po zdjęciach prym wiodą aktualnie buldożerowi opiekunowie.Moimi faworytami i inspiracjami jeśli chodzi o wrocławskie "miejscówki" są Franek i Emil czyli Lowelasy na Lansie

Ja z wielką dumą przypisuję się do grupy centrum, chadzając na długie spacery po wałach czy jadąc w góry jednak nie stroniąc też od zwiedzania okolicy w towarzystwie  Pufy, zahaczając to tu to tam na kawusie i ciacho, przecież trzeba uzupełnić straty kaloryczne pospacerowe :)

Wiem ,że nie każdy czworonóg nadaje się na bywalca knajpek i nie każdemu leżakowanie i "glapienie" się na otoczenie sprawia frajdę, jednak Puf okazała się być prawdziwie wielkomiejskim psem, który przechodząc obok knajpki , w której często bywamy zawsze uaktywnia w sobie tryb woła pociągowego w kierunku wejścia .
Jednocześnie widzę że średnio długi spacer i "kawing" daje jej tyle bodźców- zapachy, nowe miejsce, nowi ludzie, dźwięki, że przychodzi do domu i pada jakbyśmy właśnie zrobiły jedną z naszych dużych tras :)

Nie każda kawiarnia czy knajpka jest psiolubna, jednak jest ich coraz więcej. Psy przestają kojarzyć się z brudnym , śmierdzącym zwierzakiem . My mamy kilka swoich ulubionych , nie raz wymienianych. Na ostatnim spacerze Sunia i jej Pani zabrały nas na Nadodrze do  Znasz Ich. Cafe Bistro Codziennie gotuje inny cudotwórca-przepyszne jedzenie, do tego menu ,które dzięki zmienności nie może się znudzić. Miejsce sprawdzone i godne polecenia , szczególnie zimą w ramach rozgrzewającej przerwy w spacerowaniu .
Oto jak można miło spędzić wieczór na rozmowie i to  w towarzystwie sierścioków:

( Kultura musi być, jest kocyk-może być kanapa :)  )


(idą muffiny)

(tak męczące może być to socjalizowanie się ) 



   (ja osobiście jestem czuła na wystrój, barowa aranżacja nawet przy najlepszej kawie i ciachu nie zachęci mnie do powrotu. Tutaj nie można mieć żadnych zastrzeżeń, piesy też nie mogą-miska z wodą zawsze się dla  nich znajdzie )
Czytaj dalej

On się tylko tak bawi

Gdyby Pufa mogła opisać swoje wrażenia ze spaceru z którego właśnie wróciłyśmy , wnioskując po jej minie, mogły by brzmieć tak:


Matko wszechgroszkowska!
Mało mnie pikawa nie wyleciała!
Ale od początku. Wracamy z Matronem ze szpaceru, nawet fajny, pohasałam dupskiem po psiej górce , pięknie przeszkody zaliczałam, Matron dumna.
No i tak wracamy przez park stałą trasą, po drodze bułkopunkt i mięsopunkt, ja na sznurku bo te małe wrzeszczące człowieczki się teraz plączą .
I tak idę i kminię ile to groszków jeszcze Matronowi w kieszeni zostało, a tu nagle!
Zawał na miejscu.
A przecież ja sercowiec jestem teoretyczny! Taki kolo mojego wzrostu, jak mnie nie napadnie, niby że cześć, ale nachalny jak nie wiem, i ogon mnę wącha i głowę i naskakuje! Przepraszam , ale na damę to nie wypada. Kolo bez sznurka , bez człeka! Ja tam lubię się witać, ale proooszę, są limity. No ale ja spokojnie, opanowanie , klasa zachowań, ale on z pyskiem do mnie i uzębieniem ! Mimo że ja się na rozciągłość całą linki chciałam ewakuować.
Jest taki teraz modny termin :
"agresja smyczowa" 
i wiecie co? My to mamy... Tzn. ja nie. Ale Matron tak.
Jak temu tam na końcu smyczy (czyli Mnię) coś się nie tak dzieje, jakieś zagrożenie ,to ona takiej agrechy dostaje... Nie od razu , czeka parę sekund czy zlokalizuje człeka od pieseła- prowodyra , ale jak nie zlokalizuje, albo po więcej niż 5 sek.  to ... no cóż .
To się chyba leczy , nie? kojarzy ktoś szkolenia dla Matronów? luźna smycz, Matron w kontekście szkolenia pozytywnego czy coś? "

Śmiechy chichy, ale mnie to już nie śmieszy. Nie wiem czy ja takich ludzi przyciągam? W połowie można powiedzieć , że to nie głupota wrodzona czy ignorancja tylko tak o wyszło, nie pomyślałem . 
Dziś: pani w futrze w kolejce w mięsnym. Smycz w ręce, pies poza sklepem lata po chodniku i NAMOLNIE wita się z Pufiokiem, po czym stwierdza,  że skoro ona ewidentnie nie chce mieć z nim kontaktu czemu by nie kłapnąć zębami?   Puf akceptuje nachalne psy, ale tylko trochę, potem zaczyna panikować- taki egzemplarz.

To nie jest tak, że dostaję szaleju jak obcy pies podejdzie do mojego i zrobi coś nie tak, ale mając na uwadze, że niektóre z negatywnych przeżyć sierścioka ciągną się konsekwencjami jeszcze długo po incydencie jestem wyczulona na takie sytuacje.
Zawsze wtedy proszę właściciela o odwołanie psa, tłumacze,  że ona taka jest i po prostu nie ma ochoty na np przewalanie się po ziemi.
Ale co innego
KIEDY WŁAŚCICIEL NIE POTRAFI ODWOŁAĆ PSA, a najzabawniej (boki zrywać ze śmiechu ;/ ) kiedy nie potrafi odwołać i jest hen, hen daleko od psa i epicentrum zajścia
KIEDY WŁAŚCICIELA NIE MA (piękna , dzisiejsza scenka)

Matka natura dała mi donośny głos który wywabił głowę pani od feralnego psa - reszta pańci stała w kolejce , priorytety muszą być zachowane . odpowiedz na moje uwagi:
on się tylko tak bawi
Nie wiem jak na Was, ale na mnie takie stwierdzenie działa jak płachta na byka. Potrafię powstrzymać się od impertynencji jakie przychodzą mi w takim momencie do głowy , ale nie potrafię przejść obok czegoś takiego bez słowa.
Czasami trafiam na osoby którym dopiero wtedy otwierają  się oczy-widać to po minie, ale są to wyjątki do policzenia na palcach jednej ręki. Większość jest jakby nieprzemakalna w swoich poczynaniach. 
Żałuje zawsze tylko ,że Puf nie jest słusznych rozmiarów astką lub rotką, jakoś sznupowa postura nie robi wrażenia -właściciel mógłby trzymać psa na smyczy z obawy o  bezpieczeństwo swojego podopiecznego (tu dziękujemy stereotypom :) ) 
Czy tylko ja tak pechowo trafiam ? 
Ma ktoś pomysł co tu takiemu delikwentowi powiedzieć? 
Może jest jakaś magiczna formuła która dociera do głowy i uświadamia? 
 ( Pufioza leży i kmini nad inteligiencją i zachowaniem niektórych człowieków , ale i tak ze wszystkimi się przywita  :) )
 
Czytaj dalej

DIY na święta


Święta tuż tuż a na wielu blogach i stronach można znaleźć rankingi i pomysły na prezenty. Bardzo lubię tego typu zestawienia, na wiele z polecanych produktów pewnie bym nie trafiła, a tak, proszę, gotowe ,tylko kupować :)
My w tym roku na tyle na ile można stawiamy na handmade'y . Stąd pomysł na ręcznie malowane , a raczej rysowany torby, z grafiką dedykowaną dla każdego z obdarowywanych.
Z manualnymi zadaniami dotyczącymi tkanin mam małe problemy, na szczęście nie trzeba było niczego szyć :)
Torbę kupiłam  TU , siedziba firmy znajduje się we Wrocławiu, więc po zamówienie podjechałam osobiście, a na miejscu okazało się , że zamiast zwykłej lnianej torby za  ok 3 zł trafiły mi sie trochę droższe, ale za to grubsze i z zamkiem i kieszonką w okazyjnej cenie:)  więc czasem warto spotkać się osobiście z kimś z firmy. Na stronie producenta są tylko torby w ilości hurtowej, ale wystarczył kontakt telefoniczny z miłym Panem i okazało się że chętnie sprzedadzą nawet 1 sztukę :)
Torby nie były impregnowane, ale profilaktycznie przed rysowaniem je wyprałam-stąd zagniecenia, jak to na lnie.



Same pisaki kupione na allegro kosztowały ok 7 zł za 6 kolorów. Można kupić również pojedyncze kolory z innych firm , ale cena jest relatywnie wyższa.
Mimo początkowego sceptycyzmu co do jakości pisadła okazało się ,że dają radę, nie "rozlewają" się po tkaninie a końcówka jest wystarczająco cienka, by można było wyrysować trochę szczegółów.



Poniżej pierwsze , próbne podejście do rysowania. Dzieło po wykonaniu musi poleżeć dobę przed zaprasowaniem , które go utrwala. Testowe pranie też niczego nie zniszczyło, odbyło się jednak w warunkach "ręcznych", w raczej chłodniejszej wodzie .



Czytaj dalej

w kupie siła



Odkąd pojawiła się u nas piesa, odkryłam ile istnieje rzeczy ,które można robić z sierściokiem. A jest ich ogrom. Jednak wszystkie je dzielę sobie na 2 kategorie:
- te, w których Puf mi towarzyszy:  wyjścia w najróżniejsze miejsca -od kawiarni po galerie sztuki, wyjazdy itd
- oraz te, w których to ja jej towarzyszę
Do tych drugich należą spacery. Poza sporadycznymi wyjątkami, kiedy wychodzimy tylko na tzw. szybkie siku, każde wyjście jest nastawiona na węszenie, obwąchiwanie, dreptanie, eksplorowanie, witanie się z innymi psami. Jeśli Puf ma dostarczone wystarczająco dużo bodźców, nie musimy być na spacerze bardzo długo, żeby pies był zadowolony, a po powrocie do domu grzecznie leżał w pontonie i zbierał siły przed kolejnym wyjściem .

Zaraz po wzięciu Pufy odkryłam, że nie za bardzo lubi obcować z większymi od siebie psami. Dotyczyło to nawet kurtuazyjnego obwąchania się , o zabawie nie było mowy . I co tu robić kiedy wszyscy wokół mają brytany a nasza mała kulka trzaska focha?  A ja tak bardzo chciałam postać sobie z innymi psiarzami , pogadać, kiedy nasze psy biegają wokół,  bawiąc się :)
Wniosek i recepta była jedna: trzeba Pufę socjalizować i z większymi przedstawicielami gatunku i ze stadem , bo to stanowi problem po dziś dzień, jakoś sucz  tłumów nie lubi.

Początkowe obawy jak i gdzie to robić rozwiały się bardzo szybko. Okazało się że Wrocław psimi , zorganizowanymi spacerami stoi i jedyna mała niedogodność to potrzeba przemieszczenia się  w inny zakątek miasta . Tak zaczęło się nasze uczestnictwo w tych że spacerach.
Różnica w zachowaniu Pufy-ogromna. Piesa odkryła chyba , że nie wszystko większe od niej jest niebezpieczne, a i czasami pobawić się można z więcej niż jednym kolegą  .

I patrząc na korzyści płynące ze wspólnego spacerowania, tak dla psa jak i dla człeka - ile ja nowych znajomości zawarłam, ile wiedzy zyskałam,  o dysputach na wszelakopsie i nie tylko tematy nie wspominając !, dziwi mnie tak mała frekwencja na nich !
Biorąc pod uwagę wielkość Wrocławia, ilość właścicieli psów, odejmując tych którzy nie mogą lub nie chcą się przemieścić żeby dojechać na miejsce spaceru to i tak bardzo niewielu bierze udział w takich spotkaniach. Nie wiem czy jest to może kwestia słabego przepływu informacji, nie każdy ma na Facebooku "zalajkowane" tysiąc pięćset psich stron, nie każdy jest członkiem bóg wie ilu psiolubnych grup , ale mimo wszystko...

Z drugiej strony widzę nie tylko brak informacji ale i niechęć (!) do międzopsich kontaktów. Dla mnie najważniejszą częścią spaceru, z której bardzo się cieszę jeśli się odbędzie , jest kontakt Pufy z innymi psami. Nie tylko zabawa, bo hrabina nie zawsze i nie z każdym ma ochotę pohasać, ale nawet samo przywitanie się. Pufiok uwielbia witać się z psimi znajomymi, potrafi podbiec  do innego psa z taką radością,  jaką normalnie osiąga chyba jeszcze tylko na dźwięk otwieranego pudła z groszkami :)
Ale praktycznie w każdym tygodniu spotkam się z sytuacją gdzie mój pies machając ogonem z intensywnością małego wiatraczka podchodzi do jakiegoś psiaka, na co jego właściciel jak najszybciej odciąga swojego psa.
Za każdym razem zastanawiam się wtedy nad wyglądem psa i swoim. Rozumiem, że moje spacerowe, wyjściowe dresy nie są reprezentatywnym odzieniem, no ale proszę! Puf zawsze wyszczotkowany  , na sparszywiałego , wściekłego sierścioka nie wygląda . I tak jak jeszcze zrozumiem , że inny psiak może być agresywny, lękliwy, chory, w trakcie leczenia itp, tak widząc psa chętnego do przywitania się , odciąganego na siłę, zachodzę w głowę dlaczego jego właściciel tak robi?
Na razie nie znalazłam na to odpowiedzi, nigdy nie zdążę zapytać , może faktycznie to my jakoś nie zachęcamy do kontaktów? :)



( zdjęcia , które udało mi się zrobić na kilku ostatnich "stadnych " spacerach. niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że te psy się tutaj źle bawią :)  )

( Pufiok w grupie- duma mnie rozpiera, tak że pęc można :), jak widać ma się dobrze , nawet na spacerach na których jest najmniejszą przedstawicielką gatunku. I jak widać wielkość kolegów nie przeszkadza jej popróbować żebrów , bo może akurat coś spadnie ) 

Jeśli ktoś jest z Wro, a jeszcze nie zna tych adresów, odsyłam, głównie na FB, to z nimi do tej pory udało nam się , albo bardzo chcemy pospacerować, kiedy tylko zgramy się dniem wolnym z terminem spaceru. Mam nadzieję ,że nawet na tych jesienno -zimowych edycjach będzie coraz więcej piesów , tak Puf jak i ja jesteśmy bardzo chętne do zawierania nowych znajomości :) 

Piknik na 4 Łapach   - organizują nie tylko Piknik na 4 Łapach ale i wspólne spacerowanie, często w towarzystwie behawiorystów, jest okazja żeby przy okazji zasięgnąć porady 

Zdobywamy Tereny   - spacery  po "dzikszych" terenach niż tylko parki, dłuższe dystanse, można odkryć zupełnie nowe, dotychczas nieznane trasy spacerowe 

Putek. Ski-Putek  -  pieseł i jego Pani również dostarczą okazji do stadnego hasania a i porady można od nich  zebrać czyli korzyść jeszcze większa 

(jeśli kojarzycie jeszcze jakiś organizatorów psich spacerów- piszcie, chętnie się dowiemy, dopiszemy, może akurat ktoś się o nich dowie i wpadnie , no i przede wszystkim my chętnie wybierzemy się na kolejne człapanie :) ) 

Poza tym myślę że wiele miast, podobnie jak Wro, ma na FB grupy psio-spacerowe, do których warto dołączyć i chociaż co jakiś czas umówić się z kimś na wspólne dreptanie :) 
A to na co ja cały czas liczę to to, że i w Ostrzeszowie,czyli mniejszej miejscowości ,w której spędzamy 2 - 3 dni w tygodniu też w końcu dorobimy się jakiejś ekipy spacerowej bo na razie Puf cierpi przez te dni na chroniczny niedobór kumpli do zabawy  a ja nie mogę dojść dlaczego na propozycję spaceru czy wspólnego poćwiczenia sztuczek i  małego rally-o na naszym pełzający,m poziomie , rzuconą na forum odzew był zerowy :/ 
Czytaj dalej

Miska dla żarłoków


O tym jak Pufa je i jaki jest to stres dla mnie, pisałam już niejednokrotnie. Problem ten urósł do rangi problemu życiowego.
Nasz pies charczy przy jedzeniu, krztusi się, ale mimo to je dalej wpychając, a raczej zasysając kolejne groszki karmy ,niezależnie czy właśnie dławi się poprzednim chapsem czy nie . Da się to ogarnąć na 2 sposoby:

1. Stać nad nią i pilnować. W razie czego ratować.
Minusy: zdarza się , że  Puf zostaje z kimś innym niż ja, jakoś nie widzę tych osób chwytających psa za łapska , obracających go i pewnym siebie ruchem wydostających na zewnątrz Pufy feralnego grocha. A czasami musi zostać pod czyjąś opieką.

2. Podawanie karmy w jakimś nośniku- kong, kulka, kość z dziurami, jako forma nagrody przy nauce, tropieniu (czyt. wygrzebywaniu groszków z trawy) itd. To nasze codzienne rozwiązania
Minusy: zabierają czas. Poniekąd chodzi o to żeby Pufa jadła wolniej, ale wszystkie te sposoby dają efekt superwolniej. Dodatkowo do  kulko-konga  nie możemy nasypać jej  całej porcji, cwaniara ma sposób żeby wszystko sobie wysypać a potem wszamać  to znowu się krztusząc. Wyjątek stanowi kość. Ale  przy zabawie akcesoriami część karmy w formie pyłu wysypuje się na podłogę , piesa nie zawsze to sprzątnie. Kiedy jesteśmy np w hotelu albo w gościach gdzie są dywany nie lubię brudzić (Pufie to obojętnie)
Tak więc wtedy zabieramy michę i pilnujemy .

Wiedziałam o 3 opcji ale po pierwszym zwiadzie terenu zniechęciły mnie jak na razie ceny - Miski spowalniające jedzenie . Cudne, kolorowe, składające się z zakamarków , wypustek, utrudniających psu życie. W sam raz dla nas, micha a nie micha. Zakup takiego ustrojstwa odkładałam, może na gwiazdkę, może na psie urodziny, jeszcze się okaże że nasza Hrabina gardzi i nie chce z tego jeść, a ja pozbędę się bez sensu okrągłej sumy.

W związku z tym, kiedy dostałyśmy paczkę-niespodziankę od  naszezoo.pl , wpadłam w dziki szał radość, niepodzielany przez mojego psa :)
Michę testujemy od tygodnia i to nasza opinia:

1. Zewnętrze, czyli oceniamy oczami




Kolor jażyście niebieski, ale już sprawdziłam , że występują w naturze inne .
Średnica  20 cm , 3 wypustki
Od spodu gumka, dzięki której miska nie przesuwa się po podłodze. Dla nas to  bardzo ważne, w mieszkaniu mamy tylko panele, a Pufa bardzo intensywnie dba o to , żeby żaden okruszek nie został na dnie. Jeśli pod miską nie ma jakiejś podkładki czy gumki,  kończy się to wędrówką michy po całej kuchni :)

2. Działania ,czyli czy warto toto mieć
Zacznę od podsumowania : ogólnie jak najbardziej TAK ale,
Gdybym miała się czegoś przyczepić to wypustek. Było by CHYBA jeszcze lepiej gdyby były nie 3 a 4, ale nie sprawdziłam tego z inną miską więc to tylko dywagacje.
To  co zostało sprawdzone i porównane to to , że faktycznie Pufa

je wolniej

nie krztusi się

Nie jest to cudowne narzędzie rozwiązujące w nadzwyczajny  sposób problem, ale żeby wyjeść wszystkie groszki pies  musi się trochę paszczą nagimnastykować, miska wymusza spacery wokół niej, groszki nie są dostępne z każdego miejsca, "chowają " się za wypustkami.
W zestawieniu  z ceną, która jest baaardzo atrakcyjna micha wypada SUPER - KLIK

Polecam ją każdemu kto ma takiego łakomczucha jak my, a nie zaszkodzi też  tym psiakom ,które jedzą spokojnie i kulturalnie, wymusza jakieś zaangażowanie intelektualne od delikwenta :) 


Czytaj dalej

Wielka Sowa i Sztolnie Walimskie


Świętować można różnie. Ostatnio bardzo modne są marsze. My też postanowiliśmy pomaszerować w miejscu ,które nam osobiście najbardziej kojarzy się z wolnością. 11 listopada z prawie samego rana zapakowaliśmy siebie, Pufę, Ruby i jej Panią i wesołym autem ruszyliśmy podbijać Wielką Sowę.
Z Wrocławia to 1.30 godziny drogi, jest to dla nas najlepszy zakres czasowy do wypadu poza miasto. Tak więc niezrażeni niezbyt dobrą pogodą podążyliśmy za głosem   z nawigacji do RZECZKI. Stamtąd wychodzi szlak czerwony na Wielką Sowę, przez schronisko Orzeł i  Sowa .  W obu mieliśmy okazję być podczas zeszłorocznego zimowego wejścia , nie było problemu ze wstępem z sierściokiem.
Tym razem mieliśmy jednak jeszcze ambitniejsze plany , chcieliśmy wejść na Małą Sowę. Przed ostatnim podejściem na Wielka postanowiliśmy "na czuja" odbić ze szlaku czerwonego na ten dedykowany MTB'owcom, w kierunku schroniska Zygmuntówka . Nie jestem w stanie określić jak konkretnie szliśmy, na pewno szlakiem fioletowym oraz MTBowym, aż do szerokiej , wydeptanej, ale nieoznaczonej drogi lekko w górę, która doprowadziła nas, ku mojej wielkiej radości, do oficjalnego szlaku żółtego, z którego mieliśmy 10 minut do Małej Sowy.


(nasza super inwencja twórcza jako dowód niebywałej orientacji w terenie :) tak mniej więcej szliśmy. Ale dla tych mniej żądnych przygód jest normalny szlak- można wejść na Wielką czerwonym z Rzeczki i po przeciwnej stronie szczytu wejść na żółty szlak na Małą. Później cofnąć się na szczyt lub MTBowym szlakiem zejść w stronę schroniska Sowa) 


(takie widoki dzięki innej trasie. Dobrze  , że wybraliśmy tą drogę, idąc czerwonym na sam szczyt , szlibyśmy cały czas lasem nie mając możliwości podziwiania okolicy)


Sam oficjalny szczycik łatwo przeoczyć, jest ukryty kilka metrów od drogi ,w drzewach, trzeba zwrócić uwagę na
żółte obramowanie pnia drzewa przerywaną linią zaraz pod oznaczeniem szlaku  .

( Mała Sowa jako punk czyli szczyt to zbiór głazów i tabliczka, trzeba go wypatrywać wśród drzew! )

Następnie pokanapkowani ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem prowadzącym na Wielką . Po drodze znaleźliśmy jakieś małe ruinki, również lekko w bok od drogi. Wniosek jest taki,że należy się dobrze rozglądać dookoła, żeby przypadkiem czegoś ciekawego nie przeoczyć .

 ( Pufa i ruinki)
Podejście na szczyt , niezależnie od wybranego szlaku nie należy do wymagających. Chyba każdy , i człowiek i pies , dadzą sobie z nim radę bez problemu. Znajduje się tam wieża widokowa , na którą można się wdrapać schodami wijącymi się wokół wieży. Z psem nie polecamy, ale widoki warte zachodu.
Cena biletu: 6 zł 
ciekawostki o samej wieży 

Koło schodów zlokalizowaliśmy psią miskę, o dziwo nie z wodą , a z kawałkami zdechłej  szynki. Po co i dlaczego-nie wiem, ale lepiej trzymać tam futro na smyczy .
Dodatkową atrakcją są ogniska, 3-4  paleniska, przy których można upiec sobie kiełbachę, niestety trzeba ją sobie przynieść, podejrzewam również , choć na razie jest to niesprawdzone, że w tygodniu, poza sezonem ogień trzeba będzie samemu sobie rozpalić.




Ponieważ udało nam się nadspodziewanie szybko przejść całą trasę, postanowiliśmy zaliczyć jeszcze jakąś atrakcję po drodze. Wiemy już , że Zamek Grodno jest antypsi, wybraliśmy więc Sztolnie Walimskie , oddział w Rzeczce, kilka miesięcy temu dzwoniłam do informacji gdzie powiedziano mi , że jeśli pies nie boi się fajerwerków można z nim zwiedzać-w trakcie zwiedzania będą puszczane dźwięki imitujące naloty samolotów

Jak postanowili tak zrobili. Sztolnie Walimskie okazały się psiolubne , ale z małymi negocjacjami a raczej spokojnym wytłumaczeniem że nasze psy wybuchy mają      w nosie , są ułożone, możemy zaprezentować zdolności,  a dla spokoju innych zwiedzających pójdziemy ostatni.
Opisywane jako dźwiękowy armagedon prezentacje były 3 i poziom natężenia nie był ani trochę denerwujący ani dla Pufy, bardziej zainteresowanej możliwością dostania ciastka, ani dla Ruby. Tak po prawdzie to Pufa się chyba wynudziła :)






 (jak widać Pufa dziarsko zwiedza, nie straszne jej ciemności, naloty a NAWET lekka wilgoć! :) )

Jedyne co bym poradziła przyszłym zwiedzającym z psem-uwaga na innych ludzi. Puf jest niska, obawiałam się czy ktoś jej niechcący nie potrąci czy nie nadepnie.
Zwiedzanie fajne, po przewodniku było słychać , że nie tylko ma sporą wiedzę ale i interesuje się tematem . Przyznał się również do członkostwa w Sowiogórskiej Grupie Poszukiwawczej eksplorującej sztolnie i działającej na rzecz ich lepszego poznania.

Czas zwiedzania to ok 40 min. W sztolni panuje stała temperatura ok 5 stopni , trzeba to uwzględnić pod kątem odzienia :)   
Cena normalna: 14 zł
Pieseły zwiedzały za darmo


Czytaj dalej

Gdzie szukać sznaucerowego designu


Samo słowo design zrobiło się ostatnio "wszędobylskie" . Mamy design wszystkiego i odnośnie wszystkiego, a każdy marzy o jakimś "dizajnerskim " produkcie .
Trend ten nie ominął psiej branży. Polska może jeszcze zostaje w tyle za ogólnie pojętym Zachodem  czy Japonią (!) , ale dziarsko nadrabiamy. Nie wiem czy to kwestia właśnie trendów ostatniego czasu , czy tego , że od roku piesa mam i chcąc nie chcąc zaczęłam się interesować wszystkim go dotyczy, czy obu czynników na raz ,     ale wyraźnie widzę wręcz wysyp firm, hand-madów oferujących bardzo oryginalne akcesoria dla sierścioków i dla właścicieli.

Sama zostałam zmuszona do zakupu swetra w zeszłym roku i kurtałki w tym- nie dla siebie a dla Pufy. I tak jak we Wro jest to coś absolutnie normalnego- dziś rano Puf spotkała osiedlową koleżankę w gustownym różowym wdzianku z brokatowym napisem "diva", który mimo wszytko pasował suni do pyska, tak jadąc do rodziców              i wychodząc zimą na spacer wzbudzamy niemałe zainteresowanie przechodniów.
Te dwa światy- dużego i małego miasta pokazują jak zmienia się nasze-właścicieli podejście do psa w sensie praktyczno -technicznym . Coraz więcej  psiarzy, nawet w mieście moich rodziców :) wie , że kupę należy posprzątać a ziemniaki z tłuszczem to nie do końca zbilansowana psia dieta.  Jednak rozpieszczanie psa 4 parami szelek, wdziankiem czy nową adresówką w cudnych kolorach to jeszcze nie ich bajka.
No i właśnie! Czy to rozpieszczanie gadżetami (bo jak inaczej nazwać nowe, bardziej kolorowe szelki? ) to przypadkiem nie rozpieszczanie Pańci i Pana? :)
Jestem absolutnie na TAK przy tej teorii i sama jakiś czas temu łapnęłam się na chęci zakupu czegoś nowego, absolutnie niepotrzebnego, bo albo jedno takie podobne już mamy , albo po prostu nie jest to niezbędne do prawidłowej psiej egzystencji. Ale co z tego, skoro MI się to podoba ?:)

W tej konwencji można się utrzymywać przy okazji świąt. Nie będę jednak wypisywać firm które proponują cudeńska z motywem psim ogólnie jak i z konkretną rasą  ,    bo taki super wypis, jako ściągę prezentową znajdziecie np T U 
Ja za to chciałam trochę pochwalić się :) a trochę podpowiedzieć gdzie jeszcze psiowe motywy znaleźć można, i to bardziej oryginalne, jest bowiem duża szansa             że drugiego egzemplarzu po prostu nie ma :)
Targi staroci, pchle targi, zwykłe targowiska, antykwariaty a nawet lumpeksy! To tu należy wchodzić, nawet przy okazji, a nóż coś się trafi.
Jakiś czas temu pisałam o dwóch wypadach z Pufą na targi staroci ( pod Halą Stulecia  , oraz targowisko na Gnieźnieńskiej  organizowane cyklicznie we Wrocławiu,  jestem jednak pewna że każde miasto ma taki punkt , który jest istną kopalnią  cudeniek . A jeśli nie macie tego w swoim mieście , zapraszam do Wrocławia: terminarz Hala oraz Gnieźnieńska  .
A tu nasze zdobycze na zachętę , że warto. Uczepiliśmy się motywu sznaucera (dziwne , nie? ) który okazał się rzadko spotykanym , ale się nie zrażamy :)



(tak jak wspominałam motyw sznaucera jest rzadkością, zazdrościmy właścicielom wszechobecnych buldożków francuskich  , stąd dostałam właśnie taką brożkę. Utrzymuję cały czas, że to nie terier szkocki , a Pufa przed odchudzaniem )

 ( i na koniec ostatni nabytek, też prezentowy, już znalazły zastosowanie :) )
Czytaj dalej

Ślęża jesiennie



Każdy ma takie miejsce za miastem, do którego chętnie ucieka w ramach weekendowego wypadu, dłuższego spaceru czy po prostu odreagowania od urbanizacji otoczenia . Dla nas ulubioną destynacją dłuższego lub po prostu innego niż zwykle spaceru jest Ślęża.    Z Wrocławia to około 40 minut jazdy samochodem , więc na tyle blisko żeby potraktować wyjazd nie jak wyprawę, a jako urozmaicone weekendowe spacerowanie. W zależności od ilości czasu jaką dysponujemy wchodzenie na górkę zaczynamy z Sobótki , spod domu turysty Pod Wieżycą , przez Wieżycę, lub szybsza opcją,  z Przełęczy Tąpadła.
W sobotę wybraliśmy tą drugą trasę. Samochód zostawiliśmy na parkingu na samej przełęczy. Po wykaraskaniu się z pojazdu, ocenieniu temperatury - bardzo często zdarza się, że pogoda pod Ślężą diametralnie różni się od tej we Wrocławiu , tak było i tym razem (pozytywnie zaskoczenie- żegnajcie mgły ,witaj słoneczko ), weszliśmy na żółty szlak prowadzący na sam szczyt.


Przyznam się , że czasem wybieramy tą trasę z lenistwa, zaliczamy szczytowanie, zajmuje nam to ok 2 godzin, chyba że rozsiądziemy się na szczycie herbatkując, wtedy trochę dłużej, ale zdążymy jeszcze wrócić do domu o sensownej porze i poudawać  że pracujemy :) czy po prostu jeszcze gdzieś wyjść z psem , zanim zapadną jesienne     i zimowe  ciemności. Mogę więc polecić ten szlak wszystkim tym którzy albo nie mają za dobrej kondycji i nie mają ochoty na dłuższe dreptanie albo tym którzy nie mają zbyt wiele czasu a chcą , tak jak my, zaspokoić "smak" na górki , mieć czas na zrobienie kilku zdjęć, bez ścisłego wyliczania czasu i wczesnego zrywania się z łóżek :)

( na Przełęczy Tąpadła są 2 parkingi: starszy, zaraz przy wejściu na szlaki, drugi , po przeciwnej stronie drogi, większy i niedawno zbudowany) 
 
(sukces wyprawy! Pufa coraz lepiej ogarnia temat chodzenia w uprzęży i na amortyzatorze. Powoli zaczyna kumać , że w tych szelkach i na komendę można ciągnąć. Na razie przestała pałętać się koło nogi i dzielnie drepta przede mną. Cóż, za dobrze nauczyłam ją chodzenia przy nodze, to teraz mam :) ) 
( lekko zbaczając ze ścieżki znaleźliśmy sobie skałki, w sam raz na przerwę na kanapki)
(widoki po drodze, szczególnie jesienią są cudne, w sam raz na zdjęcia , szlak nie jest wymagający, to raczej spacerek niż górskie podejście. Ścieżka wije się przez las, jest gdzie cupnąć na boku, a samo wchodzenie, nawet przy naszym tempie kanapkowo - zdjęciowym to ok 40 minut )

(tak ... tego... no... są takie marki samochodów, które wszędzie wjadą )

 (ostatni odcinek przed szczytem jest droga brukowaną. Doskonale pamiętamy nasze zimowe wejścia tą trasą, kiedy właśnie ten fragment szlaku zmieniał się w najbardziej wesołą ślizgawkę )


( tu tak, a we Wro cały dzień ohydną mgła. uwielbiamy ruszyć 4 litery w górki, choćby na chwile :) )
 ( takie widoki ze szczytu. Na samej górze znajduje się schronisko. Teoretycznie z psem wchodzić nie wolno. Za każdym razem o to pytamy i za każdym razem słyszymy odpowiedź, że jeśli pies nie będzie nikomu przeszkadzał, możemy spokojnie wejść , napić się herbaty czy coś zjeść. My uparcie ,z a każdym razem łapiemy się na zupę w ramach obiadu, którego nie chce mi się robić po powrocie do domu . Ceny czysto schroniskowe, czyli dobrze zabrać ze sobą jeszcze kanapki i termos. )

 (zdjęcie z niedźwiedziem musi być! )

 

Krótki wypad jak najbardziej zakończony sukcesem, kiedy tylko mamy czas wracamy w te okolice. Mimo "entego" wejścia nie nudzi nam się tamta sceneria i możemy przyjeżdżać  tam co weekend :)

Czytaj dalej

Katowice i Nikiszowiec

Słyszeliśmy wiele pozytywnych opinii o Katowicach. Nie mogliśmy więc nie umieścić tego miasta na naszej wyjazdowej liście. Po wizycie w Jura Parku , która nastroiła nas mieszanie niepewnie zaczęliśmy od dzielnicy Nikiszowiec.
Zabytkowa dzielnica , która znalazła się na liście 7 nowych cudów Polski  wg National Geographic, wybudowana głównie dla górników kopalni Giesche i ich rodzin.
Aktualnie coraz bardziej obiekt turystyczny , który jednak nadal żyje swoim życiem oraz który zachował swój niepowtarzalny, indywidualny charakter. Może dlatego spacerując uliczkami spotykaliśmy co chwilę kogoś patrzącego na budynki przez obiektyw aparatu , zupełnie jak ja :)

Zaparkowaliśmy na ulicy św. Anny :) Ucieszyło nas, że nie zlokalizowaliśmy automatu parkingowego, podpytani tutejsi również nic nie wiedzieli o płatności za postój.

I znów zwiedzanie rozpoczęliśmy od zaspokojenia jednej z podstawowych potrzeb.  Praktycznie wpadliśmy na tą przytulną knajpeczkę-nie można było nie wejść.


( kawkowaliśmy i kanapkowaliśmy w  Cafe Byfyj. Było psiolubnie- Pufa dostała nie michę a miednicę wody. Ceny ok, wnętrze urocze , obsługa przemiła, Pani wymiziała nam piesę, i jeszcze opowiedziała co nie co, bo sama od dziecka mieszka niedaleko)


Zwiedzaliśmy bez konkretnego planu, spacerując po wąskich uliczkach. Tak trafiliśmy na ulicę Rymarską  do  Muzeum Historii Katowic, Dział Etnologii. Nazwa instytucji może      i długa , ale :
okazało się , że skoro pies chce się doedukowac historycznie, jest mile widziany :) oraz że od niedawna jest nowa stała wystawa " woda i mydło - najlepsze bielidło''- o maglowaniu w Nikiszowcu, przedstawione z pomysłem, włączając w to i maszyny            i przemiłą Panią Przewodnik, która poświęciła czas tylko dla naszego stadka, opowiadając wiele ciekawych historii związanych z miastem, za co bardzo dziękujemy :) Klimatu dodaje fakt , że w odnowionym budynku , w którym mieści się Muzeum dawniej znajdował się prawdziwy magiel.

Muzeum czynne ( z wyjątkiem poniedziałku) codziennie od 10 do 18
Cena biletu : 8 zł, Pufa nie musiała płacić
Ulica Rymarska 4
(maszyneria w tle, czyli uczymy się maglować:) Nie chwaląc się osobiście pamiętam z czasów dzieciństwa krochmalenie pościeli i zanoszenie jej do magla. Nie wiem czy jestem po prostu już tak stara czy to były uroki dorastania w małej miejscowości )  

 (yea! mamy selfie w lustrze ! ) 

 (mamy tendencję do trafiania na wystawy , które przynajmniej w części maja w sobie coś... creepy :) pozdrawiamy Se-Ma-For )
 ( wystawa maglowa znajduje się na 1.piętrze, natomiast na parterze mieliśmy okazję obejrzeć prace malarskie lokalnych artystów )
 Niestety starczyło nam czasu tylko na tyle, chcieliśmy dojechać jeszcze na nocleg,  i po przegrupowaniu zwiedzić centrum miasta. Jak postanowili tak zrobili. Auto udało nam się zostawić na ulicy Mickiewicza. Bez konkretnego planu ruszyliśmy eksplorować. Proces ten kontynuowaliśmy kolejnego dnia rano, przed wyjazdem do Wisły.  Poniżej fotorelacja , chociaż przygotowując zdjęcia na blog, znowu okazało się że stanowimy bardzo zgrane stado: nic tylko by jedli ;p 
( jedzenie z okienka- Absurdalna , kolorowo i smacznie, czeskie trunki też fajne na przerwę w zwiedzaniu :) )


(bar mleczny w samym centrum- Talerz i Szklanka , może nie nasz MIŚ, ale ceny ok, porcje słuszne i smaczne, polecamy) 

(na koniec kawka na drogę w Bellmer Cafe  . Kawa dobra, ciacho też, ale najlepsze w tej kawiarni jest to .. że są planszówki! wybór nie za duży, ale jeśli po prostu chce się mieć zajęcie popijając kawę, jak najbardziej. My nie mogliśmy przepuścić okazji  i zagraliśmy kilka partyjek Pędzących Żółwi )

Czytaj dalej